Kilka razy zabierałam się już do napisania artykułu dotyczącego oceniania, ale też kilkukrotnie się poddawałam, bo to tak szeroki temat, że właściwie można by napisać całą książkę. Jest tyle wątków, że trudno je sprowadzić do jednego tekstu i w dodatku ująć cokolwiek wyczerpująco. Ciekawe też, że żaden inny proponowany na moich profilach społecznościowych temat, nie wywołał do tej pory tylu emocji i zaangażowania. O czym to świadczy? Zapewne, że temat jest dla nas ważny, a przede wszystkim wciąż w nas obecny i na swój sposób nieprzepracowany.

Możemy otwarcie przyznać, że każdy z nas ma w sobie jakąś historię czy doświadczenia niesprawiedliwej oceny. Część spotkała się z tym w naszym specjalistycznym szkolnictwie muzycznym, a inna część – być może nawet ta większa, niesłusznie usłyszała, że w ogóle się do tego nauczania nie nadaje. Oczywiście nie można powiedzieć, że ten temat dotyczy tylko muzyki. Myślę, że równie wiele przypadków niesprawiedliwej oceny można by opisać w odniesieniu do edukacji w ogóle. Czy jako muzycy – artyści mamy większą wrażliwość na takie rzeczy? Nie wiem, ale przyznaję, że w szkolnictwie muzycznym jest tego naprawdę sporo, a ocenianie umiejętności muzycznych jest szczególnie trudne.

Czy ocenianie jest nam w ogóle potrzebne? Czy samo w sobie jest złe? Jak ocenić taki przedmiot jak muzyka? Co w nim tak naprawdę oceniamy? Postęp? Potencjał? Czy może raczej oceniać wynik końcowy lub ilość włożonej pracy? Jeśli postęp – jak zmierzyć poziom wyjściowy uczniów? I jak to ocenić sprawiedliwie, skoro każdy z uczniów ma inne predyspozycje, a co za tym idzie – inną ilość pracy będzie musiał w to samo zadanie włożyć?

Źródło: https://pixabay.com/

Mogłoby się wydawać, że ocenianie jest ważne, że będzie motywować, że potrzebujemy go, żeby sprawdzić poziom wiedzy naszego ucznia. Ale może jednak zbyt duży nacisk kładziemy na popełnione błędy, zamiast kierować uwagę na mocne strony i to co się naszym uczniom udało? Nasz szkolny system oczywiście stoi do takiego podejścia w ogromnej kontrze. W nim przede wszystkim trzeba z należytą starannością wypunktować i dokładnie wytknąć wszystkie błędy. Najlepiej czerwonym długopisem. Całe szkolnictwo w Polsce z tym „śmiertelnie” ważnym ocenianiem na czele, to świetnie funkcjonujący bastion “trzymania dzieci ryzach”. I wydawać by się mogło – zupełnie nie do ruszenia. Ale czy rzeczywiście świetnie? Kiedy decydujemy się na prywatne lekcje indywidualne, nikt nas nie ocenia, jednak się uczymy. Kiedy bierzemy korepetycje z matematyki lub języka obcego też nikt nas nie poddaje ocenie, a jednak robimy postępy i zdobywamy nowe umiejętności. Skąd więc te myśli, że bez oceniania cała nasza edukacja by po prostu runęła i nikt niczego by się nie nauczył? Czy nie jest tak, że jednak uzyskalibyśmy wbrew powszechnym obawom zupełnie inny, nowy wymiar nauczania?

Na część z powyższych pytań znamy już odpowiedzi. Nowe kierunki w edukacji odchodzą od oceniania promując tzw. niedyrektywne podejście do ucznia, a jednym z jego założeń jest właśnie odejście od ocen i kształtowanie wewnętrznej sterowności ucznia zamiast opieraniu się na motywacji zewnętrznej.   

„Współczesna szkoła wyrosła na głębokim przekonaniu o tym, że przez odpowiednie metody wychowawcze uda się wyrobić w dzieciach pożądane przez dorosłych cechy i nauczyć je – jak dobrze żyć. Dlatego relacja między uczniem a nauczycielem jest relacją władzy, w której najważniejszą rolę odgrywa bezgraniczne podporządkowanie (ucznia w stosunku do nauczyciela, programu i zasad panujących w szkole). W kontrze do takiego myślenia o edukacji stoi dziś pedagogika niedyrektywna. Ta sama, która stawia na partnerstwo w relacjach i obdarza dziecko zaufaniem, jak też współodpowiedzialnością.”[1]

Za tym niestety idą dalsze pytania – teraz z perspektywy nauczyciela, bo to przecież druga strona tego medalu. Czy zdarza nam się ocenić ucznia nieadekwatnie do jego prawdziwych umiejętności? Czy jako nauczyciele nie wydajemy swoich ocen często zbyt pochopnie? Czy w ogóle potrafimy uczyć bez oceniania, sami będąc ocenianymi praktycznie przez całe życie?

Bycie nauczycielem nieoceniającym po latach nauki w naszej systemowej edukacji, jest bardzo trudnym wyzwaniem. Sama staram się być nauczycielem niedyrektywnym. Jak mi to wychodzi? Najbardziej szczera odpowiedź brzmi – różnie, choć chciałabym może móc napisać cos innego. Czasami łapię się na ocenie, która powstaje automatycznie w mojej głowie. Można powiedzieć „z nawyku”. Nie chcę jednak oceniać dzieci, ani żadnych innych osób, z którymi pracuję i których uczę muzyki. Nie jest mi to do niczego potrzebne ani pomocne. Za to analizuję postępy. Jeśli ich nie ma, oznacza to dla mnie nie to, że oni się źle uczą, tylko że moje nauczanie nie jest tak dobre jak być powinno. To stwierdzenie jest ogromną zmianą w myśleniu o edukacji. I mam też taką refleksję, że dzieci, które nauczam, bardzo to lubią. Że szybko orientują się, że nie będą oceniane w nasz tradycyjny sposób i dzięki temu chcą więcej, a zajęcia są ogromną radością dla obu stron. I to wcale nie znaczy, że nie wykonujemy tam ciężkiej pracy, ani że nie ma na naszych zajęciach wyzwań i problemów różnej maści.

Nie każdy jednak jest w tej komfortowej sytuacji pracy we własnej placówce i ustalania w tym zakresie swoich zasad. Często są programy, wymagania i odgórnie narzucone ramy, w których ciężej o wdrożenie niedyrektywnych działań i „górnolotnych” idei, bo ktoś nas rozlicza za konkretne efekty. Doskonale zdaję sobie z tego sprawę i niestety nie mam na to jedynego, słusznego rozwiązania. Ale zadałabym tu kolejne pytanie o to, czy te idee faktycznie są „górnolotne”? Czy są niezbędne, żebyśmy dokonali w edukacji ważnych zmian? Zmienili ją na lepsze? Które pytanie jest prawdziwe? A przede wszystkim, które dla nas ważniejsze?

„Nauczyciel w myśl tej koncepcji [nauczania niedyrektywnego] jest więc przede wszystkim osobą, która pomaga i wspiera, ale też patrzy na ucznia jak na istotę rozumną i wolną, zdolną do samodzielnego rozwoju. Odchodzi od autorytetu, zakazów i nakazów, skłaniając się ku zaufaniu, współodpowiedzialności, bezwarunkowej akceptacji, samostanowienia i samokontroli. To nie autorytet – a obserwator, który wspiera ucznia na drodze do osiągnięcia dojrzałości.”[2]

Zbliżając się do końca tego artykułu opiszę jeszcze przykład moich ostatnich zajęć zerówki muzycznej, gdzie uczymy muzyki dzieci 6 letnie. To właśnie sytuacja, która miała tam miejsce, zainspirowała mnie do ostatecznego skończenia tego tekstu mimo tylu wcześniejszych nieudanych prób.

Jedna z dziewczynek w tej zerówkowej grupie nie śpiewa nic praktycznie od rozpoczęcia naszych zajęć we wrześniu. Niezależnie od tego czy to są jakieś rzeczy tonalne czy rytmiczne. Spieszę od razu z wyjaśnieniem, że my całe zajęcia śpiewamy i rytmizujemy. Myślę, że to wyjaśnienie nadaje odpowiedni kontekst całej tej sytuacji. Ponieważ ta dziewczynka chodziła na zajęcia nasze gordonowskie kiedy była mała, przyjęłam założenie, że jest umuzykalniona, chociaż tej sytuacji nie było możliwe do stwierdzenia w jakim stopniu. Gdybyśmy stosowali tu jakiekolwiek odgórnie narzucone programy, potrzebę wyuczenia konkretnych rzeczy i jeszcze to wszystko poddawali ocenie i wytykali błędy – ta uczennica ze względu na swój brak gotowości „odpadła” by w takiej edukacji już w przedbiegach.
Prowadzenie zajęć bez presji programowej i podążanie za dziećmi na tyle na ile ich gotowość na to pozwala sprzyja niedyrektywnej postawie. Każde z dzieci może zrobić postępy w swoim własnym tempie i zakresie swoich możliwości. Tu żadna tabelka, centyle, porównanie czy ocena nie mają racji bytu. Bo nie o to chodzi przecież w nauczaniu.  W tym przypadku również nie było powodu, by w jakikolwiek sposób oceniać, a tym samym zmuszać tę uczennicę, by zachowywała się na zajęciach inaczej. Dla odmiany i porównania –jest w tej grupie również inna dziewczynka, która jest z kolei niesamowicie mocna tonalnie i potrafi zaśpiewać wszystko.

Pojawiłam się w tej grupie zajęciach po dłuższej przerwie i pokazałam dziewczynom zapis motywów rytmicznych na dwa. Dziewczynka, której przypadek opisuję, dalej nie zaśpiewała ani jednego motywu, które proponowałam grupie. Za to wszystkie, dosłownie wszystkie – rozpoznała i poprawnie wskazała w zapisie pokazując, że ona to wszystko zna i umie. Ta druga – śpiewająca dziewczynka, miała dużą trudność w wykonaniu tego zadania. Moja ocena była następująca – w przypadku dziewczynki nieśpiewającej – ogromnie ucieszyłam się, że wskazała dobrze motywy. Z jakich powodów nie śpiewa – nie wiem, być może one nawet nie są związane z muzyką. Ale mam pewność, że uczy się tego, co pojawia się na zajęciach i że jest w tym dobra. W przypadku drugiej dziewczynki moja ocena była taka, że coś musiałam zrobić za szybko jako nauczyciel, skoro to zadanie było dla mniej za trudne do wykonania.     

Źródło: https://pixabay.com/

Ale ta ocena mogłaby wyglądać inaczej. Mogłabym pomyśleć, że ta nieśpiewająca uczennica nie współpracuje lub że jej zdolności muzyczne są na niskim poziomie i to jest zapewne powód, dla którego nie śpiewa. Mogłabym te dwie dziewczynki porównać już na etapie śpiewania i wiadomo, która wypadłaby gorzej. Gdyby to była zupełnie nieznana mi dziewczynka, prawdopodobnie pojawiłyby się też u mnie jakieś inne oceniające myśli – że na przykład na pewno nie jest ona umuzykalniona skoro nie śpiewa. Wielokrotnie na zajęciach gordonowskich obserwowałam dzieci, które z pozoru nie brały udziału w zajęciach i robiły zupełnie coś innego, albo wydawały się mocno rozproszone. Choć ani trochę nie dawały po sobie poznać, że coś z tych zajęć wynoszą – kiedy po odpowiednim dla siebie czasie pojawiła się już w nich gotowość  – ZAWSZE pokazywały, że umieją to wszystko co reszta, a często nawet więcej niż te „aktywniejsze” dzieci. Kilka razy złapałam się na takiej mylnej ocenie. To oczywiście pokazało mi zupełnie inną perspektywę, a przede wszystkim nauczyło większej dozy ostrożności w moich założeniach.     

Wnioski z całej tej sytuacji mam trzy. Po pierwsze – czekanie na ucznia i jego gotowość jest bezcenne. Takie momenty jak ten opisywany wyżej nadają naszej nauczycielskiej pracy ogromny sens i wartość. Czas i brak presji zdecydowanie są naszym sprzymierzeńcem w nieocenianiu. Drugi wniosek jest taki, że założenia, które powstają w naszej głowie, najczęściej bywają błędne, a ocena w tym starym wydaniu, które tak dobrze znamy i które pojawia się w nas nawykowo, nigdzie nas, a przede wszystkim naszych uczniów nie zaprowadza. Trzeba być razem z dzieciakami w nauczaniu całym sobą i cieszyć z tego, co się wydarza. Towarzyszyć i być uważnym obserwatorem. Co oczywiście wcale nie oznacza braku planu zajęć lub merytorycznej wartości prowadzonych lekcji.

Trzeci wniosek, choć może nie związany z samym ocenianiem jest taki, że dobre zajęcia gordonowskie to ogromna wartość dla muzykalności dzieci w późniejszych latach. Nie można tego bagatelizować.

W niniejszym artykule jest więcej pytań niż odpowiedzi. Byliśmy oceniani i tego już nie zmienimy. Ale dla dobra edukacji muzycznej, naszych uczniów i nas samych powinniśmy nauczyć się patrzeć na ocenianie w inny sposób, niż ten do którego jesteśmy przyzwyczajeni. Żeby tak się stało – musimy te pytania przed sobą nieustannie stawiać i poszukiwać odpowiedzi. Sprawdzać i testować co przyniesie lepszy efekt.

Przeczytałam ostatnio w jednym z postów Budzącej się szkoły, że osoby, które widzą i doceniają atuty dzieci, potrafią dużo lepiej wspierać ich rozwój, niż te które od wszystkich dzieci oczekują tego samego tempa i które kierują uwagę na błędy. Które podkreślają to, czego uczeń JESZCZE nie umie. Bo kierowanie uwagi na błędy to ocenianie o bardzo destrukcyjnym charakterze. A my możemy zamienić je na takie, gdzie kierować uwagę będziemy na to co się już udało i to, co jest mocną stroną uczniów.

Bo błędy są warunkiem rozwoju. I powinny się pojawiać, byśmy mogli się rozwijać.

Często powtarzam, że uczę nowego patrzenia na edukację muzyczną, a w czołówce mojej serii podcastów mówię, że muzyka jest dla wszystkich i każdy kto tego chce, może się jej nauczyć. By zbudować tę nową jakość, by umożliwić wszystkim naukę niezależnie od posiadanego potencjału, bardzo potrzebujemy obrać kierunek niedyrektywny, poddać refleksji swój własny stosunek do oceniania i przyjąć w tym zakresie nowe, sensowne stanowisko. Jest to ogromnie ważna część nowej, bezpieczniejszej dla ucznia edukacji, opartej na relacji i wzajemnym zaufaniu z oceną ukierunkowaną na to co dobre. Zarówno w muzyce jak i wszystkich innych dziedzinach. Bo tylko wtedy kiedy czujemy się bezpiecznie rozwijamy się najlepiej. I to akurat stwierdzenie nie podlega żadnej ocenie.


[1] https://dziecisawazne.pl/nauczyciel-niedyrektywny-czyli-jaki/

[2] J.w.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

This site is protected by reCAPTCHA and the Google Privacy Policy and Terms of Service apply.